WSTĘPNIAK

 13. piątek. Pora więc zaczynać.

Witajcie.
Trochę długi wyszedł mi ten wstęp, ale proszę, przeczytajcie go do końca.

Oddajemy w Wasze ręce pierwszy numer miesięcznika MIENTA. Periodyk ten ma w podtytule "Świeży iMagazyn" i wierzę, że taki właśnie jest. Na czym polega świeżość naszego pomysłu? MIENTA ma być tworzona przede wszystkim przez samych czytelników. Wystartowaliśmy bez Waszej pomocy, ale teraz jesteście już niezbędni. Bez Was cała ta zabawa nie będzie tym, czym być powinna.

A więc tu i teraz proszę Was o pomoc. Każdy, kto ma kilka godzin wolnego czasu w miesiącu, umie poprawnie posługiwać się polszczyzną, ma tę odrobinę iskry bożej i chciałby tworzyć MIENTĘ razem z nami, powinien zarejestrować się jako kandydat na współpracownika (klikaj w LOGIN).
W pierwszej kolejności poszukujemy ludzi, którzy nie tylko będą chcieli i potrafili coś ciekawego napisać, ale pomogą przede wszystkim MIENTĘ redagować. Jeśli czujecie się na siłach czytać i poprawiać cudze teksty, oceniać i decydować, co nadaje się do publikacji, a co jest za słabe, zgłaszajcie się. Proszę tylko o jedno. Niech to będą osoby, które chcą zostać z MIENTĄ na dłużej. Autorów pojedynczych tekstów poprosimy o kontakt następnym razem. Na pewno będziemy potrzebować Waszego pióra, ale troszkę później. Na razie musimy stworzyć podwaliny wirtualnej redakcji Świeżego iMagazynu.

Wielu z Was może spytać: "A co będę z tego miał?". Napisać coś o kółku teatralnym, fajnym nauczycielu historii czy wakacjach na własny rachunek jeszcze mogę – pomyślicie. Ale poprawiać cudze byki ortograficzne...

Prawdą jest, że pracy będzie sporo, a na przysłowiową kasę nie możecie liczyć. Nawet jeśli uda się zarobić jakieś pieniądze na działalności MIENTY, to wydamy je na dofinansowywanie działań reporterskich w terenie, np. dyktafony i cyfrowe aparaty fotograficzne – podstawowe narzędzia pracy reportera. Jeśli kasy będzie więcej, to mamy już sposób na jej spożytkowanie. Fundacja dobroczynna, ot co! Nazwa i status już jest...
Prawdę mówiąc, nie dopuszczamy takiej możliwości, że ludzie pracują w MIENCIE dla pieniędzy. Ma ona być robiona z potrzeby serca, chęci wypowiadania się, a nawet kształtowania rzeczywistości.

MIENTOWY wysiłek nie będzie jednak pozbawiony pewnych korzyści. Tworzenie miesięcznika samo w sobie jest zajęciem ciekawym. Jest wyzwaniem, które powinni podjąć ludzie otwarci i odważni, chcący uczestniczyć w czymś niezwyczajnym. Spotkacie tu wiele ciekawych osób i to nie tylko wśród rówieśników. Zawiążecie przyjaźnie, które przetrwają lata – jestem tego pewien.
Na pewno będzie to też szansa na doskonalenie swojego pióra oraz zdobycie pierwszych szlifów w redakcyjnej pracy. Jeśli widzicie swoją przyszłość w prasie, radiu czy reklamie, MIENTA jest właśnie miejscem dla Was. Tu możecie zacząć!

Na wszystkich, którzy najaktywniej zaangażują się w to przedsięwzięcie, czeka oczywiście miejsce w redakcyjnej stopce. Tylko spójrzcie, ile tam wakatów. Możecie też liczyć na zaświadczenia o współpracy, które przydadzą się przy zdawaniu na studia (dziennikarstwo? socjologia? nauki społeczne?) i szukaniu pracy. No i to, co najważniejsze: czeka na was satysfakcja i uznanie, a może nawet podziw innych.

Abyście wiedzieli, czym jest nasz miesięcznik, kilka słów o jego charakterze. Kierujemy go do młodzieży w wieku 15–19 lat, choć zapewne będą czytać go i młodsi, i starsi. I bardzo dobrze!
Chcemy publikować wartościowe materiały, w dużej mierze o charakterze dziennikarskim. Nie będziemy stronić też od dłuższych form (opowiadań czy nawet powieści), wierszy, humoru, rysunków czy fotografii. Generalnie chcemy pokazywać wszystko, co jest dla Was ważne i interesujące. Chcemy pokazywać zjawiska i ludzi, a przede wszystkim dać Wam szansę wypowiadania się we własnych sprawach.
Na pewno nie będziemy zajmować się polityką i komputerami. Pierwsza sfera jest zbyt niebezpieczna, druga – zbyt popularna. Nie oznacza to, że nigdy nie zamieścimy materiału o takiej tematyce. Zamieścimy! Ale fani gier komputerowych na pewno nas za bardzo nie polubią i nie powinni umieszczać naszego adresu na liście swoich zakładek.
Publikacja tekstów nie zamyka oferty MIENTY. Mamy dla Was jeszcze kilka niespodzianek. Część z nich jest dopiero na etapie tworzenia, ale już teraz zachęcam do poklikania myszą w główne menu serwisu.

Jeśli chcecie dowiedzieć się o MIENCIE więcej, polecam wywiad z wydawcą. Tak się składa, że jestem nim ja (ale ze mnie hegemon, co). Gradem pytań zaatakował mnie nasz stały współpracownik, Filip Zydler. Sugeruję też zajrzeć do działu FAQ, czyli najczęściej zadawanych pytań. Znajdziecie tam kilka wyjaśnień i wskazówek. Mam nadzieję, że pomocnych.

Kończąc, życzę wszystkim, aby MIENTA stała się tym, czym sami chcemy, by była, a trud włożony w jej powstanie nie poszedł na marne.

Robert Młynarczyk
redaktor naczelny

P.S.
Jeszcze szybciutko kilka krótkich spraw.

Informacja.
Nie zdziwcie się, jeśli przez pierwsze 2–3 tygodnie nie będziemy się z Wami kontaktować. Część zespołu wybiera się bowiem na zasłużone wakacje. Upraszamy o odrobinę cierpliwości...

Prośba nr 1.
Nie zaśmiecajcie proszę naszych baz danych bezsensownymi i nieprawdziwymi wpisami. Niech każda propozycja współpracy będzie decyzją przemyślaną, a uczestnictwo w ankiecie przekazem tylko prawdziwych informacji. Tylko wtedy publikowanie wyników ankiet będzie miało sens – niech wszyscy wiedzą, jacy jesteście i co naprawdę myślicie.

Prośba nr 2.
Wszystkich komputerowych włamywaczy proszę o odpust dla serwerów obsługujących nasz Magazyn. Nie mam wątpliwości, że potraficie i możecie włamać się do każdego komputera. Tylko dlaczego mielibyście szkodzić MIENCIE? Czyż nie lepiej napisać fajny artykuł o hackingu i w ten sposób pochwalić się ponadprzeciętnym talentem?

Wyjaśnienie.
Jak widzicie na górze tej strony, wyceniliśmy MIENTĘ na 2 do 5 zł za numer. Myślicie może, że to jakiś żart, a nawet skandal. No i niby jak zamierzamy pobierać opłaty. Spróbuję to zrobić za pomocą "wielkiej prośby".
Proszę Was, jeśli tylko uważacie, że MIENTA jest fajną inicjatywą, wydajcie w miesiącu od dwóch do pięciu złotych – zależnie od zasobności Waszego portfela – na wsparcie osoby lub organizacji, która tego potrzebuje. Niech to będzie wpłata na konto fundacji dobroczynnej, wrzucenie grosika do puszki ulicznego grajka czy kupienie w szkolnym sklepiku kanapki dla kolegi, który "zapomniał" drugiego śniadania, a wiecie, że jego rodzice są bez pracy.
Wierzymy, że małe gesty mogą zmieniać świat i że są rzeczy, które warto robić, choćby dla własnej satysfakcji. Pamiętacie jak działa Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy? No właśnie!
Jeśli dzięki temu kilka osób poczuje się odrobinę lepiej i szczęśliwiej, będzie to dla nas największa nagroda za włożony w powstanie MIENTY wysiłek.

WIERSZE

 3 wiersze z szuflady Julii Wolin

xxx

Słyszałeś kiedyś ciszę?
Jeśli nie, to posłuchaj
Przysuń się trochę bliżej
Poszepczę ci do ucha

Późna noc już minęła
Już przypłynął okręt
Widziałam dzisiaj jesień
Oczy miała mokre

Spotkali się wieczorem
Szeptała, że go kocha
Świt lekko zmrużył oczy
Powiedział: pokaż

Dla niego koty pachniały dymem
Dla niego nocą tańczyły drzewa
Ja myślałam, że to dla nas
A to dla niego wiatr śpiewał

Dla niego była szczęśliwa
Mówiła, że ma raj
Świt podniósł na nią oczy
Powiedział: daj

Dawała mu dzikie czerwone jabłka
Dawała mu pić ze swoich warg
A ja myślałam, że to dla nas
Złotawym szczęściem pachniał park

Dawała mu, co tylko chciał
Bez niego nie umiała żyć
Świt zaśmiał się i zamknął oczy
Powiedział: idź

Przyszła do mnie taka smutna
Taka wyschnięta i milcząca
Chciałam jej dać coś na kolację
Ale nie jadła, już była śpiąca

I co, słyszałeś kiedyś ciszę?
Powiem ci coś bardzo cicho, chcesz?
Kocham cię bardzo, bardzo, bardzo
Powiedział: ja ciebie też



xxx

przed zachodem słońca
na huśtawce z liści
buja się pani miłość
czasem dotyka stopą trawy
to właśnie wtedy



xxx

zdmuchnęłam kurz z twoich
powiek
przypomniałam sobie zapach twoich
myśli
to było tak dawno
tak się boję, co w dziurawych kieszeniach
przydźwiga przyszłość

PSYCHOZABAWA 2

 Czy masz szansę w reality show?

1. Twój iloraz inteligencji wynosi:
a) powyżej 155 (1 pkt.)
b) powyżej 59 (0 pkt.)
c) a co to jest iloraz inteligencji? (80 pkt.)

2. Twoja ulubiona książka to:
a) "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta (0 pkt.)
b) "Stary Testament" i kontynuacja "Nowy Testament" (2 pkt.)
c) poradnik "Jak być szczupłą, piękną i inteligentną" (90 pkt.)

3. Czy masz kompleksy?
a) tak, nawet po plaży chodzę w swetrze (2 pkt.)
b) skąd?! Chętnie będę chodzić w stringach przed kamerami (130 pkt.)
c) zależy od sytuacji (0 pkt.)

4. Jaką szkołę ukończyłeś/ukończyłaś?
a) szkoła podstawowa (3 pkt.)
b) technikum hotelarsko-motelarsko-agroturystyczne (90 pkt.)
c) w tej chwili robię doktorat na Akademii Medycznej (0 pkt.)

5. Sukces to dla ciebie:
a) zdjęcia w Playboyu (700 pkt.)
b) międzynarodowa sława i szacunek (0 pkt.)
c) dobry mąż/żona i zdrowe dzieci (5 pkt.)

6. Co robisz w sytuacji, kiedy ktoś każe ci robić z siebie idiotę?
a) nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji (0 pkt.)
b) większego idioty nie można ze mnie zrobić (16 pkt.)
c) dla sławy zrobię wszystko (420 pkt.)

7. Twoja komórka:
a) musi mieć dużo guziczków, klapek, dzwonków, zmieniać kolory, żeby wszyscy mi zazdrościli (7 pkt.)
b) ma być wygodna i funkcjonalna (0 pkt.)
c) czy chodzi tu o telefon, czy pomieszczenie gospodarcze? (80 pkt.)

8. Czego oczekujesz po wystąpieniu w reality show?
a) zdjęć w Playboyu (2000 pkt.)
b) nie liczę na nic, idę tam poznać cudownych ludzi i dowiedzieć się czegoś o sobie (4 pkt.)
c) nikt mnie nie zmusi do reality show (0 pkt.)

9. Z jakiego języka pochodzi wyrażenie "reality show"?
a) angielskiego, amerykańskiego lub australijskiego (0 pkt.)
b) to nie jest po polsku? (600 pkt.)
c) nie wiem (2 pkt.)

10. Ewentualną wygraną przeznaczysz na:
a) oczywiście cele charytatywne (540 pkt.)
b) wycieczkę do Radomia (2 pkt.)
c) mieszkanie, a resztę zainwestuję (0 pkt.)

11. Czy lubisz psychozabawy?
a) tak, tylko nie umiem obliczyć punktacji (100 pkt.)
b) nie, tę rozwiązuję z nudów (0 pkt.)
c) tak, to bardzo rozwija inteligencję (2 pkt.)

12. Kiedy słyszysz pytanie audiotele:
a) zawsze znam odpowiedź (0 pkt.)
b) potrzebuję pomocy rodziny i książek popularnonaukowych (4 pkt.)
c) łatwiej byłoby, gdyby była tylko jedna możliwość odpowiedzi (220 pkt.)

13. W którym roku była bitwa pod Grunwaldem?
a) 1410 (0 pkt.)
b) Antonio Banderas (1000 pkt.)
c) żadna z odpowiedzi nie jest poprawna (3 pkt.)


0 punktów
Nie nadajesz się do programu reality show. Niepokojące jest to, że aby się tego dowiedzieć, potrzebna ci była ta głupia psychozabawa.

Od 1 do 43 punktów
Myślę, że możesz ominąć reality show i przejść o krok wyżej: do teleturnieju dla przedszkolaków!

Od 80 do 6050 punktów
Wiem, że męczy cię czytanie, więc powiem wprost: tak. Reality show to coś dla ciebie. Powodzenia na castingu!

PSYCHOZABAWA 1

 Czy czujesz MIĘTĘ?

Pytanie 1.
Twoja szkoła organizuje piknik ekologiczny. Jaką postawę przyjmujesz?
A. Jak możesz, migasz się od pracy, tłumacząc się chorobą babci.
B. Robisz co ci każą, ale bez entuzjazmu.
C. Cieszysz się, że będziesz mógł/mogła wreszcie zabłysnąć, wygłaszając ciekawy referat.
D. Z zadowoleniem odhaczasz kolejne punkty z twojej listy: telefon do gazety samorządowej - plus, wizyta w urzędzie gminy - jutro zaraz po lekcjach, filmy do aparatu - kupione...

Pytanie 2.
Twoja mama kładzie na stole weekendowe wydanie Wyborczej. Co robisz?
A. Zaczynasz lekturę od programu telewizyjnego.
B. Od razu szukasz swojej ulubionej rubryki.
C. Kartkujesz całą gazetę, by wyłapać najciekawsze wiadomości.
D. Nawet nie patrzysz na Wyborczą, bo nie możesz doczekać się czwartej misji F16, a obiecałeś/aś Marcinowi zwrócić grę w poniedziałek rano.

Pytanie 3.
Na pytanie szkolnego psychologa "Kim chciałbyś/chciałabyś być?" odpowiadasz:
A. Nie wiem, mam jeszcze czas do namysłu.
B. Rentierem.
C. Emerytem.
D. Filozofem albo powieściopisarzem.

Pytanie 4.
Twój ojciec wygrywa konkurs na wicenaczelnego lokalnego dodatku do ogólnopolskiego dziennika.
A. Nie robi to na tobie wrażenia. Ostatnio był przecież dyrektorem.
B. Składasz się z mamą na Pelikana, aby mógł podpisywać się piórem. Wiesz, że zawsze o tym marzył.
C. Idziesz z kolegami na piwo, by oblać to, że wreszcie wydrukują twoje teksty.
D. Nie możesz nawet ogarnąć wszystkich możliwości, jakie to daje twojej szkolnej gazetce.

Pytanie 5.
Przechodząc przez pokój widzisz, jak rodzice oglądają kolejny program z cyklu Linia Specjalna. Widząc posła Samoobrony...
A. Szybko wychodzisz z pokoju. Polityka cię przecież nie interesuje.
B. Wygłaszasz niewybredne epitety na temat Leppera i jemu podobnych.
C. Zatrzymujesz się, by posłuchać, co gość ma do powiedzenia.
D. Proponujesz przełączenie programu na ostatnie wydanie Wiadomości.

Pytanie 6.
Wracając po lekcjach do domu zauważasz, że na klatkę schodową twojego bloku przywędrował gołąb pocztowy. Jak zareagujesz?
A. Udaję, że go nie zauważam. Nie mogę przecież spóźnić się na obiad.
B. Wracam na parter, by zapukać do dozorcy. Niech coś z nim zrobi, to przecież jego obowiązek.
C. Postanawiam zabrać gołębia ze sobą. Tata na pewno będzie wiedział, co z nim zrobić.
D. Pukam do najbliższych drzwi i proszę o możliwość skorzystania z telefonu. Dzwonię do ZOO, znanego sklepu zoologicznego, a najlepiej Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych, obserwując uważnie, jak sąsiadka wywiązuje się z zadania przypilnowania ptaszyska.

Pytanie 7.
Przygotowujesz materiał do szkolnej gazetki na temat zbliżających się wyborów do samorządu uczniowskiego twojego liceum. Jeden z kandydatów ubiegających się o ponowny wybór zaprasza cię na lody. Co robisz?
A. Odmawiasz. Nie przystoi ci przecież spotykać się z nim w przeddzień wyborów.
B. Oczywiście przyjmujesz propozycję. Dlaczego by nie?
C. Zgadzasz się chętnie, bo doskonale zdajesz sobie sprawę, że za kilka pochlebnych zdań o poprzednim samorządzie dostaniesz dużą porcję swoich ulubionych tiramisu.
D. Mówisz "tak" i od razu zastanawiasz się, jak poprowadzisz rozmowę, by wydusić z kolegi odpowiedzi na pytania z twojej listy.

Pytanie 8.
Jest 29 grudnia. Wokół czego krążą twoje myśli?
A. Jeśli rodzice nie wyjadą do Zakopanego, będę musiał odwołać imprezę.
B. Oby tylko w Sylwestra Bin Laden czegoś nie wywinął.
C. Ciekawe, co przyniesie nowy rok.
D. Chyba znowu poproszę Marka o towarzystwo podczas kwestowania na Orkiestrę. Na naszym osiedlu nie jest już tak bezpiecznie.

Pytanie 9.
Po kwadransie lektury ulubionego magazynu...
A. Pamiętasz trzy najlepsze tytuły, zazdroszcząc trochę ich autorom.
B. Masz zaznaczony dla babci najciekawszy artykuł.
C. Zastanawiasz się, czy wydawca zrobił dobrze, zmieniając makietę pisma.
D. Znasz na pamięć swój horoskop, ale zastanawiasz się, kto pomoże odgadnąć ci dwa ostatnie hasła z krzyżówki. Zestaw kosmetyków też się przyda.

Pytanie 10.
Właśnie słyszysz, że tematem wypracowania na za dwa tygodnie jest "Co polskie nastolatki myślą o wejściu do Unii Europejskiej?". W tej sytuacji...
A. Idziesz po lekcjach do biblioteki, by przejrzeć prasę sprzed kilku tygodni. Może są tam jakieś materiały.
B. Odkładasz problem na następny tydzień.
C. Zaraz po lekcji prosisz Agatę i Adama, aby dali ci przeczytać swoje prace przed oddaniem.
D. Zastanawiasz się, czy dyktafon pomoże ci, czy też zaszkodzi w rozmowach podczas sondy ulicznej.

Rozwiązanie
Jeżeli w pytaniach 1, 3, 4, 6, 7, 8 i 10 zaznaczyłeś/aś odpowiedź D, w 2 i 5 - C, a w 9 - A lub C, jesteś osobą, której szukamy. Natychmiast zarejestruj się w naszej bazie danych. Nie możemy Cię stracić!

Jeżeli twoimi odpowiedziami na pytania 1, 6 i 8 były A, odpowiedź C padła dla 3, 4, 7 i 10, B dla 5, a D dla 2 i 9, MIĘTA nie jest dla ciebie. Jeżeli odpowiadałeś/aś szczerze... umów się z psychologiem i przemyśl kilka spraw.

Wszystkie pozostałe odpowiedzi - możesz spróbować swoich sił w Świeżym iMagazynie. Twój profil nie jest idealny, ale... może będą jeszcze z ciebie ludzie.

Jeżeli odpowiedziałeś/aś C w pytaniach 1 i 8, jesteś na dobrej drodze.

DOŚWIADCZENIA

Pamiętnik kursantki

Wakacje. Między trzecią a czwartą klasą. Idealny czas na zrobienie prawa jazdy. Wakacje. Czas lenistwa. Ośrodek musi być blisko, bo nie chce mi się chodzić. W końcu muszę odpoczywać – za rok mam maturę.

Ośrodek niecałe 10 minut drogi spacerkiem od mojego domu. Pierwszy wykład. Dookoła małej sali urządzonej (przed laty i tak pozostawionej) w stylu "My sweet PRL" wiszą plansze ze znakami drogowymi. Ile tych znaków, kto by pomyślał! Rozpoznaję STOP. Jestem niezła. Kiedyś w podstawówce miałam przedmiot Wychowanie Komunikacyjne. Byłam skaraniem boskim pana nauczyciela. Kiedy kończyliśmy te zajęcia, przy wystawianiu ocen powiedział mi: Wykazujesz haniebny brak zainteresowania tematem. Tak było, nie znałam znaków; wiedziałam tylko, że jak czerwone to stoję, jak zielone to idę, jak nagle żółte to nie biegnę, żeby się nie wyłożyć na środku jezdni.

Na pierwszej lekcji poznajemy kilka definicji z kodeksu drogowego: droga, jezdnia, pojazd, pieszy (pan pchający rower na poboczu to też pieszy, stawiam wykrzyknik). Jestem na kursie prawa jazdy, jestem na kursie – powtarzam sobie co jakiś czas w myślach. Na szczęście wybiłam sobie z głowy absurdalną myśl, że skończyć kurs to znaczy zdać egzamin, więc cieszę się samym kursem. Robię ładne notatki, podkreślam, pogrubiam, jak pierwszego dnia w szkole. Potem mój zeszyt nie będzie wyglądał już tak ładnie. Chyba czuję ten kodeks, nadajemy na tych samych falach, tam też jest o światłach. I o mojej ulubionej na wspomnianych lekcjach wychowania komunikacyjnego Zasadzie Ograniczonego Zaufania. Potwierdziła się też telepiąca się gdzieś w moim umyśle informacja o pasie zieleni między jezdniami – są pasy zieleni!

Dwie godziny minęły wolno. Powinno być: minęły szybko, ale nie będę kłamać. Trudno, byłam na jednym wykładzie, jestem kursantką!

Coś nowego: plac manewrowy. Samochód. Czerwony. Jak światło czerwone to stój. Stoję, ale pan każe mi wsiadać. Czekam, aż zmieni się na zielony, ale jakoś nie chce. Trudno, łamię przepisy, wsiadam. Poprzedniego dnia poprosiłam tatę, żebym mogła pojeździć naszym samochodem. Tata był cały mokry, ja też. Pierwszy raz w życiu siedziałam za kierownicą. Niesamowite uczucie. Było niesamowicie, dopóki po kilku kółkach wokół małego parkingu pod kościołem z wrażenia nie puściłam wszystkich pedałów. Samochód zgasł i więcej się nie zapalił. Dziwne, kiedy tata ruszał, zapalił za pierwszym razem i więcej już nie zgasł.

Wsiadłam. Pan ze mną. Ustawiam lusterka, nie wiem, co mam w nich widzieć, ale staram się wyglądać tak, jakbym wiedziała, o co chodzi. Ustawiam fotel. Nie wiem, do czego mam dosięgać, zgaduję, że pewnie do kierownicy i pedałów. Kompletnie zamrożony umysł. Powoli odpuszczam sprzęgło. Jadę! Jadę! Jadę!

Jazda po łuku do tyłu. Oops. Mam siedzieć tyłem do kierownicy. Nie umiem tak, nie wiem, w którą stronę kręcić kierownicą, żeby jechać tam, gdzie chcę. Stosuję technikę kajaka: jak chcę w lewo, to wiosłuję w prawo i odwrotnie. Nie działa. Technika bobsleja: chcę w prawo, to przechylam się w prawo. Nie działa. Wracam do pozycji pionowej. We wszystkich lusterkach pachołki. Setki, tysiące pachołków. Są wszędzie, czuję się osaczona! Szalone, rzucają mi się pod koła, co chwilę po którymś przejeżdżam. Mam wjechać między dwa pachołki, które widzę w tylnej szybie. W tylnej szybie widzę cztery pachołki, czyli trzy miejsca do zaparkowania. Trudno, będę strzelać. Nie trafiam. Po przepisowej godzinie wjeżdżam wreszcie między te, o które chodziło! Jest upał, jestem cała mokra, wyglądam jakbym płakała (zapalenie spojówek) i zsiusiała się w majtki (przepocone siedzenie zmoczyło mi spodnie). Wracając do domu myślę, pod który samochód się rzucić. Nie idzie mi, nie oszukujmy się, to potworne. Żaden nie jest godny rzucenia się pod niego. Pod prysznicem ryczę i obiecuję sobie, że więcej tam nie pójdę.

Kupuję testy. Wybieram któryś na chybił trafił. Osiemnaście pytań. Osiemnaście błędów. Oops. Ale nie było pytania, na jakim świetle się przechodzi, a tylko to wiem. Następne manewry. Będę dzielna, mówię sobie. Wizualizuję łuk i pachołki, między które mam wjechać. I o dziwo, idzie mi nieźle! Zaczynam kopertę. Znowu do tyłu, ale już znam zasadę. Nie dziwię się już, że bobslej nie podziałał. Idzie mi raz gorzej, raz lepiej, ale... Odkrywam coś, na co nerwy mi na początku nie pozwalały. Jakie to niesamowicie przyjemne jeździć samochodem! Jeszcze tydzień wcześniej wydawało mi się to niemożliwe: ja za kółkiem? Samochód będzie mnie słuchał? Nauczę się, o co chodzi z biegami? Czuję moc. Ta wielka maszyna mnie słucha! Przez głowę przebiega mi myśl o zrobieniu prawa jazdy na TIR-a; jest większy niż Punto.

Pierwsza jazda "na mieście". Denerwuję się. Wsiadam do samochodu. Czuję, że jest po mojej stronie. Powoli, na samym sprzęgle, wyjeżdżam za bramę ośrodka. Zakręcam, jadę ulicą. Mam dodać gazu, puścić gaz, wcisnąć sprzęgło, zmienić bieg na dwójkę, trzymać się prawej strony, nie wjeżdżać na chodnik, nie wjeżdżać na przeciwległy pas, nie wjeżdżać na chodnik, nie wjeżdżać na przeciwległy pas... Chyba jadę zygzakiem.

- Nie przekraczamy 40 km/h.

Ok, możecie nie przekraczać – myślę sobie, bo nie mogę patrzeć jednocześnie przed siebie i na licznik. Zmienić bieg na trójkę. Nie wiem, gdzie jest trójka, więc wybieram losowo.

- To nie jest trójka.

No, proszę, nie trafiłam. Pan wrzuca za mnie trójkę. Zwalniamy, wrzucamy dwójkę. Znowu losowanie. Nie mam szczęścia w grach losowych.

- Lewarek to nie jest łyżeczka do herbaty, lewarkiem nie można mieszać jak się chce.

Herbata, coś pamiętam, to do picia, z innej rzeczywistości, w której wystarczały mi dwie nogi.

- Jak ty się nazywasz?

Pan jest zirytowany. Jak to było? Jakoś na jot... Jadzia, Justynka, Jola, Janina, Jagienka... Strzelam w Julkę. Tym razem trafiam. Moja jazda sprowadza się do tego, że siedzę na siedzeniu kierowcy i od czasu do czasu majtam dźwignią biegów. Pan ma swoje pedały i trzyma kierownicę. Ja nie jestem w stanie zrobić nic sensownego. To zupełnie niesamowite uczucie, nieznane wcześniej: kierować samochodem. Tak jak wszyscy ci ludzie w swoich autach, jestem z nimi na drodze, jadę razem z nimi. Jakieś 15 minut przed końcem jazdy czuję się już trochę pewniej, sama trzymam kierownicę. Wszyscy mnie wyprzedzają, mam wrażenie, że po obu stronach drogi stoją ludzie z transparentami: Wolniej! Wolniej! Jakimś cudem trafiam w bramę ośrodka. Wracam do domu. Wracam biegiem do samochodu: zostawiłam torbę. Wracam do domu. Tata pyta, gdzie byłam. Nie pamiętam. Drżą mi nogi i ręce. Nauczona doświadczeniem z placu manewrowego nie załamuję się tak zupełnie. Liczę, że następnym razem będzie lepiej.

Od czasu, kiedy chodzę na wykłady z teorii, zmienił się mój sposób patrzenia na świat – odkryłam np. znaki drogowe. Przedtem nie zwracałam na nie żadnej uwagi. Tak samo znaki na jezdni. Uwielbiam patrzeć, jak inni zmieniają biegi. Ćwiczę je na sucho w samochodzie taty. Testy idą mi coraz lepiej. Pan na wykładach opowiada nam, jak raz wpadł na jelenia. Wierzę, że w Warszawie nie ma jeleni. Teraz śmieję się z siebie samej, tej na pierwszych manewrach i jazdach: kiedy opanowałam te zupełnie podstawowe podstawy, wszystko jest prostsze i... przyjemniejsze. Miło jest nie przewrócić żadnego pachołka, wjechać do garażu za pierwszym razem, usłyszeć pochwałę od instruktora i wreszcie: siedzieć samej (bo pan już mnie zostawia) w samochodzie i jeździć po placu. Rozkoszować się tym. Rozmyślać o wakacjach Thelmy i Louise, może bez kilku szczegółów, planować nową przyszłość za kierownicą. W mieście idzie mi gorzej niż na manewrach, tu trzeba skoordynować pracę nóg i rąk, patrzeć w kilka miejsc naraz i myśleć o kilku rzeczach naraz, skupić się na prowadzeniu, nie zamyślać. Po pewnym czasie okazuje się, że nie umiem ruszać np. spod świateł. Na początku pan mi pomagał; kiedy przestał, nie było już tak miło. Znowu pomógł parking pod kościołem. Inny problem: zbyt chętnie wprowadziłam w czyn zasadę ograniczonego zaufania. Nie ufam nikomu i niczemu. Prześwietlam wzrokiem każdego pieszego, staram się odgadnąć, czy wbiegnie na jezdnię, czy poczeka na chodniku. Zwalniam przed skrzyżowaniami – może nie wszyscy kierowcy znają zasadę prawej wolnej strony. Tak samo przed światłami – mam prawo przypuszczać, że kierowca nie miał lekcji wychowania komunikacyjnego i nie wie, że na czerwonym się stoi. A już szczególnie mam na oku rowerzystów. Nie ufam im!

Zbliża się egzamin na zakończenie kursu. Przerabiam testy. Już nie powtarzam wyczynu sprzed kilku tygodni, robię górą dwa błędy. Obawiam się, że wszystko mi się pomyli na teście, bo czasami odpowiadam, nie czytając pytania do końca. Na szczęście się nie pomyliło, a nawet jako jedyna z kursantów zrobiłam zero błędów. Kończę też manewry – szkoda mi, bo bardzo je lubię. Jedna godzina zostaje na "przed egzaminem". No i ostatnie dwie godziny "miasta": pod rząd i to w Warszawie. Do tego w dzień rozpoczęcia roku szkolnego! No cóż, plan minimum brzmiał: skończyć kurs do końca wakacji. Pierwszy dzień szkoły to idealny dzień na zakończenie wakacji. Drugiego września mam straszny katar. W strategicznych punktach kieszeni i fotela układam chusteczki do nosa. W Warszawie już po godzinach szczytu, po chodnikach snują się dzieci w galowych strojach. Wśród nich malutkie, dumne pierwszaki. Czuję mściwą satysfakcję, kiedy pomyślę, że one mają jeszcze dwanaście lat szkoły przed sobą, a ja tylko rok. No i ja jadę samochodem. Jak powiedziała moja koleżanka (ma prawko od kilku miesięcy), połknęłam bakcyla. Oj, połknęłam... Kiedy nie ma rond i dużych skrzyżowań, jest dobrze. Na wyżej wymienionych tracę głowę. Takie dwie godziny to dobry wynalazek, już po półtorej godzinie czuję się bardzo pewnie, przyzwyczaiłam się do samochodu, poznałam go dobrze. Najlepsza jazda w życiu. Wracamy do ośrodka. Wysiadam. Pan życzy powodzenia na egzaminie. Egzamin... To już zupełnie inna historia. Wracam do domu. Wracam do ośrodka. Zapomniałam swetra.

/Julka Wolin/

13 PYTAŃ

 Dziś odpowiada Julia Wolin

1. Twój ulubiony kolor
- czarny i fioletowy

2. Ulubiony bohater literacki
- Mary Poppins

3. Czego się najbardziej boisz?
- wojny

4. Jakie cechy Twojego charakteru chciałabyś przekazać swojemu dziecku?
- wrażliwość i autoironię

5. Najlepszy film
- "Thelma i Louise" – to tylko jeden z wielu najlepszych

6. 3 książki, które zabrałabyś na bezludną wyspę
- "Jak wydostać się z wyspy bezludnej", o ile taka istnieje, do tego książki Geralda Durrella i "Ania z Zielonego Wzgórza"

7. Przedmiot, bez którego nie mogłabyś się obejść
- wanna i łóżko

8. Najmilsze wspomnienie z dzieciństwa
- białe Boże Narodzenie, gdy miałam 6 lat i wieczorem poszłam z rodzicami na spacer, padał śnieg

9. Coś, co chciałabyś, aby nigdy się nie wydarzyło
- kiedyś było coś takiego, ale dziś wiem, że to dało mi dużo siły

10. Osoba publiczna, którą darzysz największą sympatią
- Woody Allen

11. Jedno (!) życzenie do złotej rybki
- "Poproszę jeszcze 10 życzeń"

12. Twój największy dotychczasowy sukces
- przyjaciele

13. Kim będziesz/co będziesz robić za 10 lat?
- dwudziestoośmioletnią Julią Wolin, może trochę szczęśliwszą


Julia Wolin:
tegoroczna maturzystka
zastępca naczelnego
Świeżego iMagazyn

MIŁOŚĆ I SEKS

Pytania do seksuologa

Drogi seksuologu,
Mieszkam w małej miejscowości na południu Polski. Nie mamy nazwy, bo nie mamy samorządu. Miał być, ale nikt nie stanął do wyborów, więc nic z tego nie wyszło. Mam bardzo krępujące pytanie. Otóż w jedynej tutaj aptece pracuje chłopak, któremu zostałam przeznaczona. Tak zadecydowali rodzice. A tylko tam mogę kupować podpaski. Jednak nie robię tego, bo bardzo się wstydzę wymawiać to słowo przy przyszłym mężu. Od trzech lat nie mam okresu, bo dzięki autosugestii wmawiam sobie, że jestem mężczyzną. Nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymam, jestem u kresu sił. Pomocy!
Zrozpaczona Znikąd

Wydaje mi się, że jedynym rozwiązaniem Twojej sytuacji będzie operacja zmiany płci. Życie w ciągłym napięciu i autosugestia mogą bardzo zaszkodzić Twojej psychice. Operacje zmiany płci są bardzo bolesne i kosztowne, ale nie znajduję innego rozwiązania. Powodzenia.



Od pierwszej klasy szkoły podstawowej uczę się w żeńskiej szkole dla dziewcząt z internatem. W tym roku skończyłam podstawówkę i pierwszy raz od sześciu lat wyszłam na ulicę. I od razu zobaczyłam chłopaka! Czy jestem w ciąży? Jakie jest prawdopodobieństwo, że będzie to ciąża bliźniacza? Czy powinnam już zacząć leżeć w łóżku? Proszę o szybką odpowiedź, bo muszę zawiadomić rodziców i zacząć malować pokój dziecinny!
Michalina

Ciąża bliźniacza zdarza się raz na około 5000 porodów. Można to określić dopiero po kilku miesiącach, ale ryzyko jest zawsze. Dlatego bardzo cieszę się, że jesteś taka odpowiedzialna i chcesz zacząć leżeć już teraz, kiedy nie mamy jeszcze pewności. A o pomalowanie pokoju poproś ojca dzieci, z którym powinnaś wziąć ślub dla uniknięcia skandalu.



Do zeszłego tygodnia żyłem w wielkim stresie, ponieważ jeszcze nigdy nie miałem snu erotycznego, a mam już 17 lat. Aby nie skompromitować się przed kolegami, czytałem opisy snów erotycznych w pamiętniku mojego starszego o dwa lata brata. Przy okazji dowiedziałem się, że jestem adoptowanym dzieckiem. Moja biologiczna matka zaszła w ciążę ze swoim dziadkiem, bo pomyliła pokoje i myślała, że wchodzi do łóżka swojego męża, a dziadek... Teraz nie wiem, co robić, bo mam mnóstwo snów erotycznych o dziadku. Proszę o pomoc.
Kajetan

Poszukaj pamiętników swojej przybranej matki albo ojca, wtedy może dowiesz się o dziadku czegoś więcej. I pielęgnuj w sobie to uczucie fascynacji, bo miłość to najpiękniejsze, co może nas w życiu spotkać. Zwłaszcza jeśli ma się 17 lat. Powodzenia!



Mam wielki problem. Jestem szaleńczo zakochana. Z tego powodu w ogóle nie mogę jeść, a piję tylko sok marchwiowy, który utrzymuje mnie przy życiu. Nic innego nie mogę przełknąć. Od tego soku moja skóra jest pomarańczowa, a moja miłość nie chce mnie znać. Jak się odkochać?
Sabina

Niestety nie umiem Ci pomóc, skończyłem tylko technikum pielęgniarskie, a odkochiwania nie ma w programie. Mam jednak dobrą radę: noś zielone rzeczy, będzie ładnie wyglądać do pomarańczowego.



Mam trzy piersi. Czy to źle?
Kaśka

Co ty, to bardzo dobrze. Będziesz mogła być w przyszłości mamką. To dobry biznes, zwłaszcza w czasach silikonowych piersi.



Cierpię na kompleks zbyt małego biustu. Dlatego stanik wypycham piłeczkami do tenisa. Tydzień temu na lekcji WF, w czasie gry w koszykówkę, chciałam sfaulować koleżankę, bo przegrywałyśmy i właśnie wtedy ze stanika wypadła jedna piłeczka. Wybiegłam ze szkoły i nie byłam tam od tygodnia. Rodzicom nic nie powiedziałam, a rano udaję, że wychodzę do szkoły. Potem siedzę w parku i czekam, aż skończą się lekcje. Kiedy sobie ten moment przypomnę, robi mi się niedobrze ze wstydu. Co mam zrobić?
Ela z Tarnobrzega

Bardzo niesportowo jest faulować. Mam nadzieję, że po tej historii nie będziesz już tego robić.



Dwa lata temu miałam wypadek samochodowy. Nie byłam zapięta pasami i uderzyłam twarzą w przednią szybę, w wyniku czego mój nos spłaszczył się i prawie "położył" na górnej wardze. Bardzo utrudnia mi to całowanie, boję się, że mój chłopak ze mną zerwie. Jak mam sobie z tym poradzić? Nie stać mnie na operację plastyczną.
Viola

Droga Violu, pamiętaj, że związek dwojga kochających się ludzi musi opierać się na partnerstwie. Dlatego poproś swojego chłopaka, aby podczas całowania podpierał Twój nos ręką. Możesz też zamocować nos taśmą klejącą, tak aby był w dogodnej pozycji. Trzecim rozwiązaniem jest statywik, który na pewno za drobną opłatą wykona znajomy stolarz.



Jestem z moim chłopakiem już od 6 lat. Jest Mongołem, przyjechał do Polski za chlebem. Ma już własną restaurację (to znaczy przyczepę kempingową na Dworcu Centralnym). Niestety, ciągle nie możemy się porozumieć. Chodzi o język: on nie chce się uczyć polskiego, a ja mongolskiego, bo to bardzo trudny język. W rezultacie, po sześciu latach, on umie powiedzieć po polsku "dzień dobry", a ja po mongolsku "do widzenia". Nic o sobie nie wiemy, nasz związek opiera się jedynie na seksie. Chcę wyjść za niego za mąż, czy to wystarczy do utrzymania związku?
Helka z Białogardu

Pamiętaj, że jak mówi Freud, sny są odbiciem naszej podświadomości. Ja do snów dokładam jeszcze i słowa. On mówi w Twoim ojczystym języku "dzień dobry", chce być z Tobą, zachęca do dalszego związku, jest otwarty na Ciebie. Natomiast Ty i mongolskie "do widzenia" – to się rozumie samo przez się: odpychasz go. Ten związek nie ma szans. Nawet jeśli Wasze ciała twierdzą, że ma, to pamiętaj, że podświadomość wie lepiej. Czytaj następny numer, przetłumaczę to na mongolski dla Twojego partnera, żeby nie był zaskoczony.

 

FELIETON

 Dajcie mu oscypek

Papa odleciał do Rzymu – uspokoiłam się trochę. Przez te trzy dni, kiedy był w Polsce, bardzo dużo o nim myślałam, zresztą telewizja i gazety nie pozwalały o tej pielgrzymce zapomnieć. Myślałam dużo, choć jestem pewna, że – gdyby Papież poznał te myśli – załamałby się moją naiwnością i głupotą. Ja sama musiałam sobie wiele razy przypominać, że nie jest oczywiste, iż on wolałby robić coś innego, zamiast oglądać darowaną mu w prezencie chrzcielnicę, stojącą w dodatku za jego plecami. Fakt, że ja wolałabym robić coś innego, nie jest absolutnie żadnym argumentem. Ale nic na to nie poradzę, że bolało mnie serce (jak to się pięknie mówi, a czasami nawet czuje), kiedy widziałam na zbliżeniach, jak bardzo Papa karmi oczy każdym krakowskim budynkiem, każdą uliczką, twarzą dziecka wyłowioną z tłumu, polskim niebem... i kiedy myślałam, że robi to na wypadek, gdyby okazało się, że to już ostatni raz.

Denerwowałam się słysząc, jakie prezenty otrzymał: wspomniana chrzcielnica, tryptyk bożonarodzeniowy (lub coś takiego, nie pamiętam dokładnie), milionowy egzemplarz Biblii, tym razem w jakiejś niezwykłej okładce... Być może piękne, ale nie wiem, czy więcej radości nie sprawiłoby mu coś typowo polskiego, co mógłby zawsze mieć przy sobie, albo coś z ukochanych gór, albo... coś z pomysłem! Na pomysł wpadli na przykład rektorzy (choć tak naprawdę nie wiem, od kogo wyszła inicjatywa) krakowskich uczelni: indeks dla Papieża z adnotacją, że "student nie musi uczęszczać na zajęcia".

Wydaje mi się, że często traktujemy Papieża jak żywą relikwię, instytucję w ludzkiej postaci, nieosiągalną dla przeciętnego człowieka głowę Kościoła chrześcijańskiego, zapominając o tym, że jest on człowiekiem posiadającym niezwykłe, często nawet nieco sarkastyczne poczucie humoru oraz mnóstwo energii tak nieszczęśliwie uwięzionej w coraz mniej sprawnym ciele. I nie chodzi mi o klepanie Papieża po plecach i wołanie: "Cześć, jak się masz?" – nie przyszło mi to nawet do głowy! Świadomość papieskiej przeszłości, w skrócie "góralsko-sportowo-studenckiej", cudownej zdolności "zwyczajnej" rozmowy ze "zwyczajnymi" ludźmi i daru błyskawicznego, celnego ripostowania potęguje szacunek do niego jako człowieka takiego jak my, który dzięki swej wierze stał się tak inny od nas, bo jest dla tysięcy ludzi autorytetem i wzorem do naśladowania. Dowody na to, że o tej "zwyczajności" zapominamy? Podczas pielgrzymki w jednej ze stacji telewizyjnych mowa była o menu Papieża: "Ojciec Święty lubi proste potrawy, na obiad podano mu roladę z łososia w sosie malinowym"... Nie powtórzę potraw dokładnie, bo nie pamiętam, jednak z całą pewnością nie były one proste. Wręcz przeciwnie...

Przez cały okres tej pielgrzymki myślałam też ze strachem o momencie powrotu Papieża do Rzymu. Za każdym razem, gdy wyjeżdża z Polski, boję się, że to już ostatni raz, że już nie wróci. A ta pielgrzymka była jakby pożegnaniem z ukochanym miastem, miejscami dla Papieża magicznymi i ważnymi, z Polakami, z Polską... Dopiero ostatniego wieczoru w oknie powiedział coś, w co chyba niedawno sam uwierzył: że jeszcze wróci. Przestał się żegnać. Być może nawet podświadomie zaczął robić plany na następną wizytę, nie karmił już oczu Krakowem, bo uwierzył, że jeszcze go zobaczy. Pożegnanie było smutne, ale jednocześnie pełne uśmiechów przez łzy – pożegnanie kogoś, kogo niedługo zobaczy się znowu. Kiedy samolot kilka razy krążył jeszcze nad lotniskiem, Wadowicami i Tatrami, starałam się myśleć, że krąży dlatego, żeby zrobić Papieżowi przyjemność, a nie żeby popatrzył ostatni raz. Może to był ten polski, najpiękniejszy prezent, który będzie miał zawsze przy sobie, bo przed oczami?

I co? Głupie miałam zajęcia w czasie pielgrzymki? Uszczęśliwiałam Papieża w myślach i w myślach planowałam, co zrobiłabym inaczej, gdybym tę wizytę organizowała. Tymczasem już w Rzymie, czy raczej pod Rzymem, w swojej letniej rezydencji, Papież miał przez następnych parę dni dużo sił i świetny nastrój, często wizytę w Polsce wspominając. Ważna była Polska, Kraków, miłość i przyjaźń ludzi, a nie szczegóły. Bo w szczegółach, jak wiadomo, tkwi diabeł.

Jak takimi drobiazgami mógł zawracać sobie głowę człowiek, dla którego nie istnieje ani "jutro", ani "za tydzień", ani "za rok" – jest tylko "jak Pan Bóg pozwoli"? Który umie cieszyć się chwilą, na którą Bóg mu już pozwolił? Nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, jak to jest wierzyć tak mocno, dlatego na takie głupoty zwracałam uwagę. Ale ta pielgrzymka i dla mnie była lekcją wiary. Wiary w człowieka.

/Ofelia Uznam/


WYWIAD

Naczelny MIENTY odpowiada

Filip Zydler: Trzynasty piątek – czy to nie przyniesie pecha?
Robert Młynarczyk: Bardzo lubię tę datę. Mnie przynosi szczęście. A skoro mi, to może i MIENCIE.

FZ: Czym jest MIENTA?
RM: Jest przede wszystkim miejscem, w którym spotykają się myślący i aktywni ludzie. Publikacja tekstów na stronie WWW miesięcznika jest ważną częścią tej inicjatywy, ale podstawową ideą i głównym celem jest obudzenie w młodzieży drzemiącego w niej potencjału. Potencjału tworzenia.

FZ: Jak chcecie to osiągnąć?
RM: Po pierwsze, chcemy do tych młodych ludzi dotrzeć. Po drugie, pokazać, co można robić i jak należy się za to zabrać. Po prostu wskazać drogę. Na koniec zaprosić do współpracy. To wszystko.

FZ: Czy MIENTA może to zrobić?
RM: Właśnie próbujemy. Jeśli ktoś trafi pod nasz adres, zobaczy kawał dobrej roboty. Są wśród nas zawodowi dziennikarze, ludzie z ogromnym doświadczeniem. Są osoby bardzo młode, a niezwykle uzdolnione. A wielu jeszcze do nas dołączy. Razem zrobimy coś wielkiego, czuję to.

FZ: Czy każdy będzie mógł w MIENCIE publikować swoją twórczość?
RM: I tak, i nie. Na pewno każdy, kto ma coś do powiedzenia – na przykład przez swoje wiersze – lub pisze ciekawie na frapujące tematy, znajdzie swoje miejsce na łamach MIENTY. Nie gwarantujemy jednak publikacji każdego tekstu. To po prostu nierealne.

FZ: Jak zamierzacie więc ograniczyć liczbę nadsyłanych materiałów?
RM: Teksty będą mogły wpisywać do naszej bazy tylko zarejestrowane osoby – ci, którzy przeszli pomyślnie kwalifikację wstępną. Ponieważ zamierzamy działać jak prawdziwa redakcja, na początku pracy nad nowym numerem będziemy oczekiwać jedynie propozycji tekstów. Dopiero po akceptacji tematu będziemy zlecać jego przygotowanie. Oczywiście, jeśli ktoś będzie miał prawdziwą "bombę", będzie mógł wejść do numeru nawet w ostatniej chwili. Internet daje w tym zakresie niesamowite, wręcz nieograniczone możliwości.

FZ: A więc będziecie sprawdzać umiejętności. Jakiś pisemny sprawdzian?
RM: Można tak powiedzieć. Będziemy oczekiwać przykładowego tekstu – wywiadu, felietonu, opowiadania lub wiersza – którym autor będzie starał się nas przekonać, że potrafi pisać. Po zaliczonym egzaminie kandydat będzie mógł się zarejestrować jako współtwórca MIENTY, a najaktywniejsi autorzy znajdą się oczywiście w redakcyjnej stopce.

FZ: Czy nie sądzisz, że rodzaj sprawdzianu może zniechęcić wielu młodych ludzi, którzy nie lubią za bardzo klasówek i oceniania?
RM: Jeśli ktoś nie czuje się na siłach poddać naszej ocenie swoich umiejętności, nie może liczyć na to, że pozwolimy mu przemawiać do milionów za naszym pośrednictwem. MIENTA ma być miesięcznikiem na dobrym poziomie, a nie forum dyskusyjnym, gdzie każdy może zostawić swój wpis, często nieciekawy i nie na temat.

FZ: A właściwie dlaczego nie?
RM: Są dwa powody. Pierwszy – czysto techniczny. Każdy tekst jest przechowywany w bazie danych, co zmniejsza nasze zasoby systemowe i kosztuje żywą gotówkę. Co ważniejsze, każdy materiał przed publikacją musi zostać przeczytany i ewentualnie poprawiony. Trzeba będzie także do każdego wymyślić dobry, adekwatny do treści tytuł, a często opracować ilustracje. To wszystko wymaga czasu. Jeśli każdy odwiedzający serwis mógłby zgłosić swój tekst do publikacji, to zamiast kilkunastu czy kilkudziesięciu tekstów do zredagowania, mielibyśmy ich powiedzmy 1000 albo 5000. I co wtedy?
Drugi powód to zawartość i poziom merytoryczny pisma. Bardzo wiele materiałów zamieszczanych w internecie to teksty po prostu słabe. Nie sądzę, aby było wiele osób chcących coś takiego czytać. A MIENTĘ – ufam, że całkiem sporo.

FZ: Czy trochę nie przesadzasz z tą ilością zgłaszanych tekstów?
RM: Policz sam. Jeśli 2 września około 8 mln uczniów zaczęło kolejny rok nauki, to co najmniej połowa z nich jest w odpowiednim wieku. Jeśli założymy, że tylko co dziesiąta osoba usłyszy o MIENCIE, a co setna zechce spróbować swoich sił jako dziennikarz czy poeta – mamy 4000 autorów i co najmniej tyle samo nadesłanych tekstów.

FZ: Czy to nie za duży optymizm, że prawie każdy uczeń usłyszy o waszym magazynie?
RM: Prawdą jest, że nie stać nas na kampanię reklamową w komercyjnym stylu, ale robimy co możemy. Liczymy też na wsparcie mediów i wszystkich życzliwych osób.

FZ: Nie chcecie więc mieć 4000 autorów?
RM: Chcemy, ale tylko wspomniana wcześniej organizacja daje szansę sprawnego funkcjonowania magazynu. A co do ilości, to bardziej nam zależy jednak na jakości. Tak więc zamiast 4000 przypadkowych osób, potrzebujemy powiedzmy stu, ale za to dobrze piszących i zaangażowanych.

FZ: MIENTA oznacza też czas poświęcony na jej tworzenie, no i czytanie. Czy nie boicie się, że miesięcznik będzie oskarżany o odrywanie młodzieży od szkoły i nauki?
RM: Jeśli ktoś oglądał "Stowarzyszenie Umarłych Poetów", wie, że rozwój osobowości jest niezwykle ważną sprawą, może nawet jedną z najistotniejszych w życiu. I że najważniejsze rzeczy dzieją się właśnie w wieku lat kilkunastu. Nasza inicjatywa ma tylko pomóc w tym rozwoju. Ma być szansą na poznanie siebie i innych.

FZ: Czyli nie będziecie walczyć ze szkołą, zmorą wielu uczniów?
RM: Wręcz przeciwnie. Życzyłbym sobie, aby grono pedagogiczne i w ogóle wszyscy dorośli wspierali MIENTĘ. Nie oznacza to organizowania szkolnych redakcji, choć i to jest możliwe – myślę, że w każdej szkole znajdą się co najmniej dwie osoby o zacięciu dziennikarskim lub piszące do szuflady – ale chciałbym, by nauczyciele popierali naszą ideę. Chciałbym, aby raz na semestr tematem wypracowania na polskim nie były zwyczajowe lektury, ale na przykład: "Prochy w mojej szkole – fikcja czy realne zagrożenie?". Takie wypracowanie na pewno byłoby hitem numeru. Tak samo jest, gdy podobny temat podejmuje "Polityka" czy "Wprost".
A co do tych zmór – razem powinniśmy je zwalczać. Szkoła powinna być miejscem odwiedzanym chętnie, powinna być przyjemnością, a nie przymusem.

FZ: Czego oczekujecie od dorosłych?
RM: Najważniejsze, aby uwierzyli, że MIENTA jest dobrym pomysłem dla młodych ludzi. Sposobem na poznawanie świata, jego zrozumienie, wreszcie znalezienie w nim swojego miejsca. Jeśli w to uwierzą, na pewno zechcą pomóc.

FZ: Ale jak?
RM: Niech na początek prowadzą dialog. Niech pytają, czym żyją ich pociechy. Niech razem szukają tematów na teksty w swoim najbliższym otoczeniu. Niech rozmawiają z ludźmi. Po wtóre – niech zawsze służą swoją wiedzą i doświadczeniem. Jest to kapitał, którego młodzi jeszcze nie mają.

FZ: Czym chcecie przyciągnąć tzw. szarego czytelnika?
RM: Przede wszystkim dobrymi tekstami. Duże grono współpracowników oraz to, że praktycznie każdy może nam "sprzedać" swój temat sprawia, że spodziewam się naprawdę sensacyjnych materiałów.

FZ: Może jakiś przykład?
RM: Weźmy rubrykę "13 pytań". Będziemy zadawać je także ludziom powszechnie znanym. Podstawowy problem – jak do nich dotrzeć – teraz przestaje być problemem. Każdy z tych znamienitych obywateli ma w swoim otoczeniu jakiegoś dzieciaka, choćby sąsiada z przyległej posesji. Jeśli tylko taki młody człowiek usłyszy o MIENCIE... Czy nie podzielasz zdania, że kartka z "mientowymi" pytaniami wręczona pierwszej damie Rzeczypospolitej lub Adamowi Małyszowi przez zaprzyjaźnionego młodzieńca z sąsiedztwa doczeka się odpowiedzi? Szansę oceniam bardzo wysoko.

FZ: Czyli co, wszyscy proszą teraz wszystkich o odpowiedzi na 13 pytań?
RM: Nie! Właśnie po to potrzebna jest organizacja i planowanie. Jedna-dwie ankiety na numer to wszystko, co możemy opublikować. Mam nadzieję, że wszyscy młodzi ludzie to rozumieją i że nie będą nękali swoich starszych przyjaciół. Choć bylibyśmy wdzięczni za sygnalizację takiej możliwości.

FZ: Włożyliście wiele wysiłku w stworzenie MIENTY. Co się stanie, jeśli to wszystko nie zadziała? Jeśli ilość wejść pod adres www.MIENTA.com będzie tak mała, że nawet nie będziecie chcieli jej ujawnić?
RM: No cóż. Wtedy pozostanie nam publikowanie twórczości ludzi, których zaraziliśmy wirusem MIENTY. Jeśli będzie ich dziesięciu zamiast dwustu, to też uważam, że warto. Nie zamierzamy więc zamknąć miesięcznika tylko dlatego, że mamy niewielu czytelników. Czasami na popularność trzeba czekać latami. A jedną z cech dobrego dziennikarza jest wiara i nieustępliwość.

FZ: Kim prywatnie jest wydawca i redaktor naczelny MIENTY?
RM: Normalnym, zwyczajnym facetem, miewającym czasem – mam przynajmniej taką nadzieję – fajne pomysły.

FZ: Masz jakiś zawód?
RM: Zawód wyuczony nie jest często tym, w czym człowiek jest najlepszy lub co robi najchętniej. Ale mam. Inżynier.

FZ: A rodzina?
RM: Jest. Żona i... papuga żako, straszne strachajło.

FZ: Strasznie długi ten nasz wywiad. Myślisz, że ktoś dotrwał do tego miejsca?
RM: Może co setny czytelnik. Nie, żartuję. Myślę, że wszyscy zainteresowani odpowiedzią na pytanie "czym jest MIENTA" dojdą do końca.

FZ: No to ostatnie pytanie. Chcesz pracować dla i z ludźmi bardzo młodymi. Jaki jest twój wiek?
RM: Jeśli mówimy o biologii – 35, jeśli o duchu – raczej 20.

FZ: I myślisz, że to OK?
RM: Sorry, ale chyba już skończyliśmy. Poprzednie pytanie było ostatnim. Jeśli chcesz jeszcze o coś spytać, umów się na następny raz.

FZ: ???

/notował Filip Zydler/